Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'mama'.
Wyświetlam 1 - 4 z 44 notek

Operacja”ZAĆMA” czyli jak matka do szpitala jechała

  • Napisane 29 maja 2017 o 21:24

W trybie przyspieszonym,bo w piątek 19 .05 zadzwonili czy może ?

No jasne że może,ciupasem załatwiałam badania i wizytę u rodzinnego(musi dać zezwolenie na zabieg)

Dziś dzień ” O” -.

Skoro mamy się stawić między 7 a 11 rano, matka w szrankach już o 6,30….Nie,nie da pożyć trzeba jechać.

X-men zapakował co trzeba,pojechali. Bałagan,nie wiedzą sami na portierni co i jak,źle go pokierowali ale stracili tylko 20 minut.I co z tego,jak w końcu ją przyjęli…koło 11 .00 !!! No bo wszystkie staruszki postanowiły się zameldować o siódmej rano….

- Pani mamo tuv,ma pani za wysokie ciśnienie.BRAŁA PANI PASTYLKĘ RANO?

=wzięłam pół…

- DLACZEGO PÓŁ?!?

= bo tak…

- TO NIECH PANI TERAZ WEŹMIE CAŁĄ!!!

= ciśnienie spadło,X-men pojechał do domu.

To sala zabiegu jednego dnia.Panie siedząco-leżą na czymś co przypomina fotel dentystyczny.Serio.

W tej sali było ich chyba siedem.Prześcieradło bielusieńkie pod tyłkiem, koszula zabiegowa z rozcięciem na plecach i drugie prześcieradło coby się okryć.

Zero picia i jedzenia.Czekanie na zabieg.

O szesnastej matka dzwoni – że jeszcze nie była i czeka i kilka osób przed nią jest!!!!!!! ( ja dzwoniłam kilkanaście razy ale nie odbierała.A!A!A! a bo rozmawiałam z paniami…..)

PO 18.00 matka dzwoni – już jestem po zabiegu po 19.00 możecie mnie odebrać.

No to do sklepu na szybko a potem po mamę.

Jesteśmy na miejscu o 19,30…To OGROMNY szpital. Babki są z Bielska,z Kędzierzyna,z Krosna…Nasz szpital Górniczy,patronował czy też partycypował w budowie mój dziadek,jako dyrektor jednej z kopalń dawał kasę i wkopywał kamień węgielny.

Okulistyka jest na 8 piętrze.Wchodzimy głównym wejściem,potem schodami na poziom „1″ i do wind.

Wściekła na siebie jestem że nie wzięliśmy od razu WÓZKA !!!!!!!!!!!!!!!!

Potem,zapomnij…Mamie pomogłam się ubrać, jakiejś kobiecie też i do zabiegowego po krople.

A potem windą do wyjścia.Niestety matka się zaparła że nie zejdzie na parter z poziomu jeden.

Kurwa, znów kluczenie,i szukanie JAK DOSTAĆ SIĘ DO WYJŚCIA ?!?

Przydybana lekarka pokazała kierunek – tuptajcie na Izbę. Kurwa windą na poziom „O” a potem długaśnym korytarzem i co 10 metrów odpoczywanie na krzesłach…

X-men podjechał pod wejście i chuj że nie wolno,no co miał zrobić?!?

A potem uffffffff do domu.A nie,najpierw po drodze do apteki.

W szpitalu drukują recepty formatu A4.

I co kurwa komu do tego? Recepta jest poprawna !

Ale w pobliskiej aptece….KURWA FOCH !!!

Zjebałam babę bo doprawdy , w czym problem kuźwa,nie? No co za głupia cipa !!! Wzięłam receptę a raczej wyrwałam jej z rąk i pojechaliśmy do kolejnej.

Jak i tam baba zaczęła robić miny – stwierdziłam że mam DOŚĆ FOCHÓW POTRZEBUJĘ LEKU !@!!!

I chuj mnie obchodzi że recepta duża.Co to za problem jest?!?

Uffff,mam krople – trzy różne sztuki.Teraz co godzinę kropimy,jutro co dwie a za tydzień do kontroli.

Ja jestem za nerwowa w stosunku do mamy. Wiem że powinnam być spokojniejsza ale jak się zaprała że nie zejdzie te 15 schodków to normalnie zęby w ścianę żeby nie zwariować.

A tera pifko.

 

 

trzydniowy maraton ze służbą zdrowia i paletka książek….

  • Napisane 25 maja 2017 o 22:37

za mną trzydniowy maraton.Służba zdrowia…W piątek telefon czy matka by nie chciała wcześniej iść na usunięcie zaćmy.(czeka od lutego 2016 a zabieg miał być pod koniec listopada….) CHCIAŁA ,tzn ja zdecydowałam że chce. Mama bardzo się już męczyła z jednym okiem zdrowym a drugim mało widzącym.Dziś otrzymałam zgodę na zabieg.

Wczoraj koszmar.Koszmar w kolejce do badań!!! Około 50 osób…ale dwa okienka,podajesz skierowanie,przyklejają kody,dają numerek i pod gabinety a tam cztery stanowiska ,czyli idzie sprawnie.ALEŻ NIE !!! Bo w jednej kolejce stoją też ci co badania kupują…a ci się zastanawiają,myślą,dyskutują,przeliczają kwoty,zmieniają decyzję RATUNKU !!! 65 minut stałam,dobrze że mama miała miejsce siedzące…A potem,potem 30 minut jeszcze do gabinetu…Bo ciężarne,bo matka z dzieckiem,bo chwkto. W domu jazda bo trzeba zastrzyki ww brzuch Zdołowana tą starością jestem;/. A teraz do 29 maja i niech przejdzie spokojnie ten zabieg….

Wczoraj wieczorem zasłużony odpoczynek i czerwone wytrawne i skusiłam się na wafelki.

No to dziś…

POGODA U NAS PASKUDNA.Rankiem lało,teraz siąpi.Przyjechała paleta z książkami.Ponieważ wyglądało na to że część jest luzem,a i pudło gigant -wielkości palety robią, byle jak otoczone stretchem to cóż.Trzeba było samej ,biegiem rozładować,bo X-men w terenie …No tylko 160kg ale na tempo…Mamy takie okienko specjalne z wysuwaną półką.No i tak: rozcinam stretch,odginam karton i wyciągam książki.Niektóre luzem,jednak większość opakowana w folie lub w papier pakowy.Łatwiej się nosi ale dość ciężkie bo pakowane po 10,20 lub 5 sztuk.Schylam się do palety,wyjmuję,przechodzę kilka kroków,schylam się kładę książki na półkę,przesuwam do środka, potem ganiam na dół żeby odebrać ! Było mi chłodno…taaaa, Pot lał się pod koniec obficie.Kręgosłup też się napracował.

No i te wafelki z waniliowym kremem co wczoraj pozwoliłam sobie zjeść solidnie odpracowałam ! A ręce jeszcze drżą i nici z projektu,bo jak tu rysować cokolwiek?

Niestety,trzeba to było zrobić.Szkoda rąk, cóż….

na pocieszenie powiesiłam sobie uszytą wcześniej ŁĄKĘ:))))

o tym jak tuv wybiera się do Warszawy

  • Napisane 19 maja 2017 o 09:30

tyle spraw,tyle zdarzeń notuję,czasem robię zdjęcia ale czas mija,ja nie zdążę wrzucić na blog a potem….potem stają się już zaprzeszłe i nieaktualne a emocje opadają .

Tym razem notuję bo to w sumie wydarzenie jest dla mnie spore.Szyłam prace.Szyłam na konkurs.Wysłane.Jutro wernisaż.Klik——>>>>

„RAZ NA LUDOWO”

Przemyślałam sprawę i stwierdziłam że skoro moje prace tu są ,znaczy trzeba jechać.Po ostatniej rajzie X-men stwierdził że nie,to nie dla niego wiec został mi publiczny środek lokomocji do wykorzystania.

Pociąg.

Nie jest łatwo osobie która przemieszcza się własnym samochodem z kierowcą:))) jechać gdziekolwiek inaczej.

Jednak od czego jest rozkład jazdy,prawda?

Wybrałam dwa pociągi,te które jadą najszybciej czyli  około 2,40 h ( mniej więcej bo i powyżej trzech godzin też były ) i za telefon do znajomego czy ewentualnie mnie podwiozą tam gdzie trzeba.

Bez problemu,wiwat dobrzy znajomi w Warszawie;))))

Niemniej jednak wernisaż jest na BEMOWIE. W ichniejszym Domu Kultury.No i ok,z tym że dojazd tam jest….delikatnie mówiąc mało ciekawy o czym dowiedziałam się jako zamiejscowa dopiero dwa dni temu.Znajomy posprawdzał i kiszka.Budowa metra, korki,te sprawy.Tuv najpóźniej musisz być o 14,30 bo inaczej będzie ciężko i zapomnij o wszystkim.

Dobrze.

Czyli wstęp jest teraz finał.

Otóż wernisaż rozpoczyna się o godzinie 19.00…

Dla tambylców idealnie dla przyjezdnych nieciekawie.Rozumiem Noc Muzeów ale jakby tak o 17.00?!?

Bo i tu znów się kłania moje nieobycie w temacie – nie sprawdzałam pociągów powrotnych. Jak sprawdziłam okazało się że mam – bezpośredni JEDEN ~!!! o godzinie 21.15 a potem piąta rano….

No i znów zapomnij kobieto,nie zdążymy cię odwieźć ,nocujesz u nas.Klik—->>>

Szczurze – dziękuję ślicznie !!!

No bo inaczej to znów zapomnij kobieto o wernisażu.

A w domu panika bo zadzwonili że mama ma przyspieszony zabieg – usunięcie zaćmy.Hurrra bo czekała tylko od lutego 2016 roku….i źle jej się czyta bo oczy totalnie widzą róznie.A!A!A! bo nagle wtem, na 29 maja i biegusiem do rodzinnego i badania i nerwówka,i czy ja przeżyję?!?

 

człowieku puchu marny

  • Napisane 23 stycznia 2017 o 23:46

pobudka skoro świt a raczej jeszcze w półmroku z ociąganiem odchodzącej nocy.Księżyc jeszcze uparcie cienkim rogalikiem błyszczał na niebie.

Chciało się leżeć pod ciepłą kołdrą z kotem na biodrze z jednej strony a czubkiem głowy X-mena z drugiej.

Niestety, bezpieczną przystań trzeba było porzucić na rzecz chłodnej łazienki,zimnej wody i niemile wychłodzonych ubrań.Gorąca herbata usiłowała postawić człowieka do pionu acz z marnym skutkiem.

Jeszcze miałam chwilkę czasu,położyłam się na narzucie mantrując i oddychając przeponowo.

Szać na krzewach i świerku,nie poznałam własnego płotu,tak wybielał.Wszystko to co wczoraj topiło się i rozmiękało pod butami zamieniło się w zwartą warstwę lodu.I jak tu iść,jak ślizgawka na drodze?

Szerokim łukiem ominęłam skrót przy siatce sąsiada ,ponieważ prowadzi przez niewielką górkę z której zejście groziło nieskoordynowanymi piruetami damy w traperach jaką byłam .

Damy,bo świeżo umyte włosy ładnie się kręciły,zdołałam nawet przypudrować nosek i pociągnąć tuszem rzęsy.

I dla kogo to robisz kobieto ?!? grzmiało gdzieś z tyłu głowy ponure stwierdzenie.Dla tych niewyspanych rejestratorek ? A może dla smętnej grupki ludzi którzy  w paskudnym świetle neonówek czekali na swoją kolej by oddać krew do badania?

Rezygnuję z szatni.Nie,nie jest mi gorąco,chociaż solidnie grzeją.Wewnętrznie trzęsę się z zimna. Mijam laboratorium,otwieram kolejne drzwi i w końcu jestem. Czekam dłuższą chwilę by rejestratorka pojawiła się w okienku ,chcę się upewnić że moja lekarka dziś przyjmuje.

Jest siódma rano.

Tak,przyjmuje. Zaraz powinna być.

Kolejna osoba siada obok mnie na ławce.Pani mocno elokwentna,sympatyczna ale nie za bardzo obchodzi mnie jej dobry wynik badania. Mój mnie nie cieszy przecież.Kolejni pacjenci przychodzą,coś tam szepczą między sobą.

Wychodzi lekarka z listą i czyta pierwsze nazwisko szczęśliwca,który już dryfuje w stronę gabinetu.

Wstaję,pokazuję wyniki – pani doktór ja tylko z prośbą o zapoznanie się z nimi i co dalej mam począć?

Kobieta która zabawiała mnie rozmową również usiłuje pokazać swoje i  jakiś starszy pan macha receptą,robi się zgiełk jak na targu.Każde z nas usiłuje wyszarpać odrobinę  zainteresowania lekarki….

Cóż.Dziś nie dam rady pani przyjąć,zaraz znajdę wolny termin. A pani,zwracjąc się do tamtej kobiety ,pani to planowo,nie ma się co spieszyć.

Dostaję karteczkę ,świętą karteczkę z datą i godziną wizyty.Za tydzień.Taka się ze mnie tygodniówka zrobiła.

Szczęśliwa że coś wywojowałam idę do domu….Idę bo tam czeka Rudka. Zapinam smycz i idziemy do parku na spacer. Po drodze wpadam na matkę która postanowiła iść do sklepu ale lodowa ścieżka ją mocno przystopowała.

Właśnie medytowała czy postawić stopę na kolejnym schodku….

Biorę ją po rękę,mocno trzymam i powolutku tuptamy przed siebie.Kroczek za kroczkiem.Kilka dni temu skończyła  84 lata.Cierpnę na myśl że mogę się poślizgnąć i pociągnąć matkę za sobą.Rudej się nie podoba ten powolny marsz jednak zatrzymywanie się przy kolejnej kupie śniegu na wąchanie cudzych sików daje matce chwilę wytchnienia. Docieramy do kiosku , a potem do sklepiku w którym lubi robić zakupy.Nie, nie idę za nią.mamo,kupuj sama,to dobry trening a jakby co jestem za drzwiami. Ten krotki spacerek trwa pół godziny ale oj tam.Do domu wracamy ciut inną drogą.Dawno jej nie pokonywała więc frajda acz nie wiem ile z tego zapamiętała skupiona na lodowisku chodnikowym.

W końcu furtka do ogródka.

Matka do domu,ja do parku.

Jestem tam praktycznie sama. Oddycham,zapominam na chwilę o ośrodku zdrowia, o tym poniżającym proszeniu o termin wizyty, o magicznej karteczce.

Świeci słońce,Ruda brodzi w śniegu, kaczki gonią się po rzece,szkoda że trzeba wracać…